Najgorsze stało się - powiedział sir Donald Acker - .
Eh! Boże! Słychać klątwy, uderzenia, płacz dziecka, wołanie: O!. -Słuchaj Bruce - powiedział ostro - twoja wesołość jest trochę nie na miejscu. Bruce przestał się śmiać i wytarł twarz ręcznikiem. Przepraszająco przewracał oczami. -Ach, nie mogłem się powstrzymać, "Massa" Czerwony Pies. Kiedy widzieć pan Skunks Kibel przekazuje te wampumy, po prostu nie mogę ustać w miejscu. Jak on mógł sprzedać takie wielkie miasto jak Nowy Jork za te wampumy? Wampumy! Zabierajcie swoje wampumy! -Bruce jest ekscentrykiem - tłumaczył Czerwony Pies - ale to pierwszorzędny barman i facet odobrym sercu. -Ma pan rację, "Massa" Czerwony Pies - barman pochylił się do przodu. - Moje serce czysta złoto. -Jest ekscentrykiem, to prawda - powtórzył Czerwony Pies. - Zarząd nieraz mnie namawia, że trzeba przyjąć innego barmana, lecz, dziwne, ja lubię tego faceta. -Jestem w porządku szefie - powiedział Bruce. - Po prostu kiedy ja widzę coś śmiesznego, jamusieć śmiać. Wie pan, szefie, ja nie robić żadnej krzywdy. -Już wystarczy Bruce - zgodził się Czerwony Pies. - Jesteś porządnym facetem. Yogi Johnson rozejrzał się po sali. Inni Indianie odeszli od baru, a Pędzący za Skunksem pokazywał wampum małej grupie Indian, którzy właśnie weszli ubrani w stroje wieczorowe. Dwaj Indianie z puszczy wciąż grali przy stole bilardowym. Zdjęli płaszcze, a lampa zawieszona nad stołem bilardowym rzucała refleksy na metalowe złącza protez małego Indianina. Wykonywał właśnie dziewiąte uderzenie w nieprzerwanej serii. -Ten mały mógłby zostać bilardzistą, gdyby nie to, że miał trochę pecha na wojnie - zauważył Czerwony Pies. - Chciałby pan rozejrzeć się po klubie? - wziął rachunek od Bruce'a, podpisał go i zaprowadził Yogiego do następnego pomieszczenia. -Nasza sala zarządu - powiedział.. Zmywalnią. Tej nocy Dorota postanowiła położyć się nie. Wahadłowe ruchy ustały. Bandrowska usłyszała sygnały, zrozumiała je. Pomoc nadchodzi. Opadła bezwładnie na płytę platformy. W zapadającym zmroku wyprawa ruszyła w górę ścieżką na Granaty. Rozpoczęła się walka o życie oczekującej ratunku turystki. Walka trudna, prawie beznadziejna. Akcja w nie zdobytym podówczas "kominie Drege'a" była niebezpieczna nawet w dzień. W ciemności akcja taka stawała się prawie szaleństwem. Na wysokości górnej krawędzi urwisk Granatów, tam gdzie ściana traci już na stromości, ratownicy opuścili ścieżkę i poczęli trawersować w prawo. Wkrótce znaleźli się na trawiastej platformie tuż ponad obrywem "komina Drege'a", w miejscu, w którym Bandrowscy spędzili kilka dni oczekiwania i skąd rozpoczęli swą ostatnią drogę. Gdy uczestnicy wyprawy stanęli na platformie było już zupełnie ciemno. Jak tyle razy przedtem i tyle razy później, Tatrzańskie Pogotowie wykazało bezgraniczną ofiarność i poświęcenie. Podziwiać dziś należy desperacką niemal śmiałość decyzji przeprowadzenia działań ratunkowych w ciemnościach nocy. Ratownicy zdawali sobie jednak sprawę, że czekanie świtu byłoby dla Bandrowskiej równoznaczne z wyrokiem śmierci. Gdy uczestnicy wyprawy zeszli dnem komina nad skraj przepaści, część z nich pozostała, by asekurować towarzyszy, a Zaruski i przewodnik Jędrzej Marusarz z latarkami w zębach poczęli zjeżdżać na linach w głąb czarnej pustki. Zejście trwało długo. Trzeba było dowiązywać po drodze zapasowe liny, trzeba było ostrożnymi ruchami wyszukiwać po ciemku chwyty i stopnie, trzeba było wytężyć wszystkie siły mięśni i woli, by schodzić w dół, i to schodzić ze świadomością, że jednym nieostrożnym ruchem rzucony kamień może śmiertelnie ugodzić leżącą poniżej turystkę. Wstrząsające wrażenie wywarł na Zaruskim moment, gdy dojechał wreszcie do platformy w kominie i zobaczył Bandrowską. Lażała na samej krawędzi, nieomal zwisając nad otchłanią. Gdy stanął przy niej na skraju platformy, usłyszał szept: - Ostrożnie, tam przepaść.. . - Ale ja pana nie chciałem obrazić, ja mówię tak, jak my¶lę - usprawiedliwiał. Yogi Johnson wyglądał przez okno. Niedługo przyjdzie pora zamykania fabryki na noc. Ostrożnie otworzył okno, tylko.